Camp

sunset

Nasza przygoda ze stanami zaczęła się dzięki agencji działającej w Polsce, która pomogła nam znaleźć pracę na Campie. Ja dostałem prace już na targach, w styczniu, Wiola została zatrudniona nieco później . Może warto by tu wtrącić, że oboje mieszkaliśmy wtedy we Wrocławiu, pierwszy raz spotkaliśmy się pod konsulatem w Krakowie, a na dobre poznaliśmy się właśnie w Kalifornii. Mieszkaliśmy w sumie parę przystanków od siebie a trzeba nam było przelecieć 8000 km….

Praca na Skylake Yosemite Camp (na który wracaliśmy 3 krotnie) jest całkiem przyjemna. Największą jej zaletą w porównaniu do innych campów jest to, że pracuje się 7h dziennie, a resztę dnia można poświęcić na leżakowanie nad jeziorem. Obóz dość standardowo, na uboczu, w środku lasu, domki drewniane, takie sprawy. Nocą po Campie hasają różni goście. Od sarenek i szopów począwszy, na niedźwiadkach skończywszy. Te ostatnie są znane wśród miejscowych jako „Walking Couch”. Pogoda dopisuje, praca w kuchni raczej nie stresuje. Największą zaletą jest jednak lokalizacja. I nie mowa tu o Bass Lake, do którego jest u podnóża górki 50m spacerkiem. Chodzi o bliskie sąsiedztwo Yosemite National Park, w którym każda wizyta kończy się opadnięciem szczęki. Nawet po kilkunastu odwiedzinach znajdzie się coś nowego i niesamowitego do roboty, ale o tym później 🙂

Jezioro, Kalifornia
Bass Lake, Kalifornia

 

Dodaj komentarz